Ojcze nasz

Ale zbaw nas ode złego

Ale zbaw nas ode złego

Jacki wplątali się w podejrzane towarzystwo, tak uznała Tola. Zaczęło się od kłamstw. Później podbierali rodzicom pieniądze. Wprawdzie na tyle małe sumy, że rodzice się nie zorientowali, ale Tola tak. Ostrzegła ich nawet, że powie o tym rodzicom. Ale bracia nazwali ją donosicielką i tyle.

Pewnego dnia chłopcy przekroczyli granice przyzwoitości. Tak uznała Tola. Okazało się, że zaginął pies pana Henia. Pan Henio to starszy pan, który mieszkał w drewnianym domku za parkiem. Pan Henio mówił o nim: przyjaciel, choć wabił się Bofi. Kiedy wracała ze szkoły, zobaczyła ogłoszenie przylepione do słupa: „Zaginął mój Przyjaciel Bofi. Proszę o pomoc w odnalezieniu go”. Tola podskórnie wyczuła, że bliźniaki mają z tym coś wspólnego. Od pewnego czasu robili sobie dziwne żarty na temat „wstrętnego psa, który niszczy nowe spodnie Staśka”. Stasiek to najwyraźniej szef ich grupy, bo zawsze mówili z dużym szacunkiem.
                – To musi być ich sprawka – Tola nabrała pewności i postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.
                – Najpierw ustalę, gdzie chodzą i z kim się spotykają – postanowiła. Dlatego dyskretnie ruszyła za nimi tuż po tym, jak wybiegli z domu, opowiadając mamie, że idą do Pawła.
                – Zaraz się przekonamy – mruknęła Tola i już po chwili wiedziała, że intuicja jej nie zawiodła. Chłopcy skierowali się w stronę ogródków działkowych, a nie do Pawła. Tam zebrana już była ich „banda”. Stasiek na powitanie przyjął od bliźniaków pieniądze. – To cena „za wejściówkę” do cyrku – zaśmiał się. Po chwili któryś z przybocznych Staśka wyprowadził… psa! To był  Bofi! Szedł ciągnięty za długi sznurek. Miał pochyloną głowę, spuszczone uszy i ogon. Na pysk założono mu prowizoryczny kaganiec. A jego zakurzona sierść i smutne oczy mówiły wszystko. Tola aż pisnęła na ten widok. Dobrze, że chłopcy byli zajęci naśmiewaniem się z Bofiego i nie usłyszeli jej.
                – Tak się ujarzmia cwaniaków, którzy niszczą spodnie! – zawołał Stasiek i sięgnął po gruby kij.
Bofi natychmiast się skulił, a Stasiek szyderczo zachichotał. I jakby w odpowiedzi na ten chichot coś tak huknęło, że wszyscy przysłonili uszy.
                – Łał szefie! – zawołał jakiś lizus. – Ma się tę moc!
Za chwilę kolejny huk i następny.
                – Burza! – zawołał ktoś.
                – I co z tego?! – odpowiedział mu któryś z bandy, ale za chwilę wszyscy zamilkli, bo nastąpiły kolejne grzmoty, a potężne błyskawice rozświetliły niebo. W końcu uderzyła w nich taka ściana deszczu, że aż Bofi zaczął rozpaczliwie skomleć.
                – Pod drzewo! – rozkazał Stasiek.
                – W czasie burzy nie wolno się chować pod drzewa! – ujawniła się Tola, ale nikt jej nie słuchał.
                – Jarek, Jacek do mnie! – krzyknęła i podbiegła do przestraszonych bliźniaków. – Bierz Bofiego! – poleciła Jarkowi. – Chłopacy, nie możemy tu zostać – próbowała przekrzyczeć grzmoty. – Chodźcie za mną!
                – Nie słuchamy bab! – zarządził Stasiek. – Zresztą, skąd ona się tu wzięła? – Ale nikt mu nie odpowiedział na to pytanie.
                – Tchórze uciekają. Odważni zostają!...

Jak się kończyła historia i co ma z tym wspólnego zawołanie "ale zbaw nas ode złego"? Przeczytajcie w wakacyjnym numerze "Małego Przewodnika".