Listopadowy poranek

Listopadowy poranek

Najpierw drzewa pożółkły, potem zbrązowiały, a jeszcze potem ich liście opadły na pociemniałe od deszczu jezdnie i zza drżących nagich gałązek można już było dostrzec nadciągającą z oddali zimę – o ile miało się wzrok jak kot Benek. Ludzie, rzecz jasna, niczego nie zauważali.

Pan Robert, zamiast uszczelniać okna i drzwi, uczył się kolejnej roli na pamięć. Chodził po całym mieszkaniu ze scenariuszem w ręku i mamrotał coś pod nosem. Czasami przystawał przy siedzącym na kuchennym parapecie kocie; mierzyli się wtedy w milczeniu wzrokiem – i nagle pan Robert padał przed Benkiem na kolana, krzycząc głośno: „Kocham cię, rozumiesz?! Ale nie mogę jej teraz opuścić!”.
            – Nie przesadzasz? – spytała któregoś dnia jego żona, pani Natalia.
            – Dlaczego od razu „przesadzasz”?! – nadąsany pan Robert gramolił się z kolan.
            – Za głośno – mówiła pani Natalia. – I jakoś tak… za bardzo dramatycznie. Wręcz śmiesznie.
            – Reżyser kazał mi krzyczeć!
            – To krzycz ciszej…
            – Kostek, a ty co sądzisz? – spytał poirytowany pan Robert, zerkając na jedzącego śniadanie syna.
            – Sądzę, że spóźnię się do szkoły – odpowiedział zza kuchennego stołu Kostek.
            – Niby dlaczego? – zdziwiła się pani Natalia. – Przecież mamy jeszcze pół godziny, jak zwykle.
            – Ale nie wiem, gdzie jest flaga – odpowiedział Kostek. – A miałem ją dzisiaj przynieść do szkoły...

Co się zdarzyło dalej? Przeczytajcie w listopadowym numerze "Małego Przewodnika".