Gdy rodzice byli dziećmi

Ławka

Ławka

Pod koniec listopada nasza pani powiedziała, że ma już dość, że nie zniesie dłużej tego hałasu na lekcjach — i albo przestaniemy gadać, albo ona zwariuje! A potem postanowiła nas rozsadzić. Nas, czyli mnie i Żuczka — tego samego, którego kurtka lśniła w słońcu jak pancerzyk leśnego chrabąszcza.

— Przecież teraz będzie jeszcze gorzej… — zdziwił się Żuczek.
     — Słucham? — pani nie wyglądała na skorą to żartów.
     — Jeszcze gorzej — powtórzył Żuczek.
     — A to niby dlaczego?!
     Spojrzałem na Żuczka z ciekawością. Był wprawdzie najmniejszy z całej klasy, ale chyba i najodważniejszy. O ile odwaga nie pomyliła mi się z głupotą.
     — Bo gdy siedzimy w jednej ławce — tłumaczył Żuczek — to możemy do siebie szeptać. A tak to trzeba będzie krzyczeć…
     — Spróbuj tylko krzyknąć — zasapała pani — a zobaczysz, co się stanie!
     Żuczek, rzeczywiście, spróbował — i chwilę później pani wpisywała mu uwagę do dzienniczka. Ja tymczasem usiadłem w ostatniej ławce pod oknem, obok Krzyśka Olechno. Nie był wprawdzie tak odważny jak Żuczek, miał za to doskonale okrągłą głowę — i patrząc na niego, zawsze chciało mi się grać w piłkę. Nim pani sprawdziła listę obecności, byliśmy już przyjaciółmi na całe życie. W tym samym czasie Żuczek zaprzyjaźnił się z Bezu-bezu, który siedział dotąd w ławce przy drzwiach.
     — Teraz ty zaczynasz?! — usłyszałem nad sobą gniewne sapanie...

Jak się dalej potoczyły losy Żuczka, Bezu-Bezu i Krzyśka Olechno? Koniecznie sprawdźcie! Całość opowiadania znajdziecie na stronach 22-24 grudniowego numeru "Małego Przewodnika".