Hop! Do bajki skok!

Bajka o jaskółce Czarnopiórce

Bajka o jaskółce Czarnopiórce

Wiosna zagościła już w parku na dobre. Pan Bajkomat był bardzo zadowolony. Słońce przygrzewało i zardzewiałe śrubki nie dokuczały mu tak bardzo.

Do tego z dnia na dzień przychodziło coraz więcej gości. Dziś było ich ośmioro! I dla każdego znalazła się specjalna bajka. Nawet dla Bartka z III C. Przechodził przez alejkę Pana Bajkomata bardzo naburmuszony i, jak wytłumaczył później, myślał o tym, jakie ma ciężkie życie.
– Straszne mam to życie. Damian mi to powiedział – gorączkował się chłopiec. – Rodzice codziennie sprawdzają, czy mam odrobione lekcje. Muszę sprzątać po zabawie. A drugie śniadania do szkoły to po prostu tragedia! Ciemny chleb, owoce, warzywa. Bleee… Damian codziennie kupuje sobie chipsy, nie musi sprzątać i odrabiać lekcji.
– No, to faktycznie kiepska sprawa – powiedział Pan Bajkomat i się zamyślił – A bajki byś posłuchał?
– Od biedy… – zgodził się chłopiec.
 
Bajka o jaskółce Czarnopiórce
W królestwie Bajkolandii żył pewien Krasnolud. Jak każdy Krasnolud zajmował się pracą w kopalni i w polu. Był bardzo miły, porządny i niestety strasznie nudny. Dlatego bohaterem opowieści będzie nie on, tylko rodzina jaskółek, która uwiła gniazdo w jego stodole. Do rodziny należeli: Tato-jaskółka, Mama-jaskółka i cztery pisklaki (ma się rozumieć, że jaskółki). Rodzice cały dzień uwijali się – łowili muszki i przynosili je dzieciom. A maluchy rosły, pokrywały się piórami i uczyły trzepotać skrzydłami. Wszystko było dobrze do momentu, w którym zjawił się Wróbel Urwipołeć. Wleciał do stodoły, by poszukać jakichś smakołyków. Przysiadł na belce, tuż obok gniazda, i zagadnął:
– Cześć maluchy! A co wy tu tak siedzicie? Nie nudzi się wam?
– Nie – powiedziała największa jaskółeczka o imieniu Czarnopiórka. – Jemy muszki, rośniemy, uczymy się ruszać skrzydełkami. I tak czas jakoś leci.
Wróbel pokiwał głową ze zdziwieniem.
– Oj, biedaki. Cały dzień w gnieździe? I tylko trzepotanie skrzydełkami? To musi być potwornie nudne. I do tego jedzenie much? Fuj. Ziarno, to rozumiem. Chrupiące, pachnące, smaczne. Ale muchy? – wróbel otrząsnął się ze wstrętem. – Zamiast tak siedzieć i się nudzić, trochę byście polatały. Przy okazji mogę wam pokazać to ziarno. Wrócicie do gniazda i powiecie rodzicom, co tak naprawdę jest smaczne.
– Ale mama mówiła, że jeszcze za wcześnie na latanie. I że muszki są dla nas najlepsze. – próbowała bronić się Czarnopiórka
Wróbel był nieugięty:
– No, może i tak mówiła. Mamy zawsze za bardzo się troszczą. Ale sama przyznaj – skrzydełka i piórka masz? Masz. Umiesz nimi trzepotać? Umiesz. To na co czekać? Chyba nie na następną muchę? Pomyśl, jaką niespodziankę mamie zrobisz. Pokażesz jej, że już sama latasz. I do tego przyniesiesz jej ziarno. Pewnie biedaczka też nigdy go nie próbowała…
Rozmowa trwała dłużej, aż wreszcie jaskółka Czarnopiórka przyznała Urwipołciowi rację. Poleci z nim po ziarno i zrobi mamie niespodziankę. Bardzo się bała, ale wróbel obiecał pomóc. Razem usiedli na brzegu gniazda, rozpostarli skrzydła i polecieli. Urwipołeć z powrotem na belkę pod sufitem, zaś Czarnopiórka prosto na twardą podłogę. Rozległ się huk, poleciały piórka i kurz. A później stało się zupełnie cicho.
– Czarnopiórko! Czarnopiórko! – wołały siostry i brat jaskółki. – Wróblu! Leć jej na pomoc! Zrób coś! To przez ciebie spadła!
– Przeze mnie spadła! Przeze mnie spadła! – przedrzeźniał je siedzący na belce wróbel. – Ja umowy dotrzymałem i poleciałem z nią. A ona? Nie machała skrzydłami tak jak trzeba, to spadła. Ale polecę! Co zrobić... Poznajcie moje dobre serce.
Mówiąc to, wróbel sfrunął na ziemię. Trącił jaskółkę dziobem, a kiedy zaczęła się ruszać, pomógł jej wstać.
– Dalej gapo. Lecimy po ziarno! – powiedział już bardziej uprzejmym tonem.
Ale Czarnopiórka ledwo utrzymywała się na nóżkach. Musiała mocno podpierać się skrzydłami i ogonkiem, aby znowu się nie przewrócić. O lataniu nie mogło być mowy. Jaskółeczka zaczęła cicho płakać. Z gniazda również było słychać popłakiwanie.
– No cóż. Jesteś większą fajtłapą, niż myślałem – stwierdził coraz bardziej zirytowany wróbel. – Z latania nici. To przynajmniej spróbuj ziarno, które leży koło ciebie na podłodze. Niestety, jaskółka nie potrafiła samodzielnie wyciągnąć ziarna ze szczelin między deskami. Zniechęcony wróbel musiał jej pomóc. Wyciągnął jeden smakołyk i wsadził jej do dzióbka. Ta jednak zamiast okazania zachwytu zaczęła pluć i kaszleć.
– Co znowu?! – zaskrzeczał bardzo już zdenerwowany wróbel.
– Takie to twarde i niesmaczne. I drapie w gardle… I zaczyna mnie już boleć brzuszek… – wyszeptała jaskółka. – Mama miała rację. Jestem jeszcze za mała na latanie, a najlepsze dla jaskółek są muszki.
Na takie słowa wróbel nic już nie powiedział. Tylko prychnął z pogardą i odleciał. W tym samym czasie do stodoły wleciała Mama-jaskółka. Szybko podleciała do swojego zagubionego maleństwa i zajęła się nim czule. Nakarmiła trzymaną w dzióbku muszką, przytuliła i poprawiła piórka.
– Nie potłukłaś się? – zapytała z troską i pocieszyła. – Krasnolud już wraca z pola z nową słomą. Zaraz tu przyjdzie i poprosimy go o pomoc. Wsadzi cię z powrotem do gniazda.
Mała jaskółeczka powoli przestawała płakać. Przytuliła się do piersi Mamy. Poczuła ciepło i bicie jej serca. Przez chwilę nic nie mówiła, a później tylko wyszeptała:
– Dziękuję.

Pan Bajkomat skończył opowieść i spojrzał na Bartka. Chłopiec siedział na ścieżce i rysował na niej patykiem.
– E tam. Bez sensu ta bajka. Ta jaskółka to głuptas. Uwierzyła wróblowi. Przecież każde dziecko wie, że mama ma zawsze racj… – chłopiec nagle urwał i się zamyślił. A Pan Bajkomat uśmiechnął się pod nosem.